Czasem wszystko rozjeżdża się w środku, bo nosisz w sobie problem bez nazwy. Jak plik wrzucony gdzieś na pulpit pod tytułem „nowy_ostateczny_final(3)”, który miałeś uporządkować jutro. Tyle że jutro nigdy nie nadchodzi, a plik zaczyna istnieć jak widmo między folderami, w którym kryje się więcej wstydu niż danych. I nagle sam nie wiesz, czego tak panicznie unikasz: czy treści, czy tego, że nie potrafisz jej otworzyć. Biblia jest zaskakująco prosta, niemal brutalnie uczciwa. Bóg zaczyna świat od nazwania. Pojawia się światłość, ciemność, morze, niebo. Każde słowo jak etykieta przyklejana na chaos, żeby człowiek mógł odetchnąć i wiedzieć, gdzie jest. A potem Bóg robi coś jeszcze bardziej czułego: przynosi zwierzęta do człowieka i pozwala mu je nazwać. Jakby mówił: spróbuj, to ci pomoże. Nadaj imię temu, co się rusza, wrzeszczy, straszy albo ucieka. Zrozumiesz to lepiej, kiedy wypowiesz to głośno. I tak jest też z nami. Złością, która siedzi w brzuchu. Lękiem, który ściska gardło. Tęsknotą, którą ukrywasz przed samym sobą, bo boisz się, że za dużo o tobie powie. To wszystko działa dopóty, dopóki nie wymówisz słowa. Dopóki nie zmierzysz się z imieniem. Jezus pyta opętanego: „Jak ci na imię?” i to pytanie nie jest teologiczne, tylko rozpaczliwie ludzkie. Jakby światło zaglądało pod łóżko, gdzie od lat leżą nieposprzątane potwory. Bo to jest sekret. To, czego nie nazwiesz, zaczyna cię nosić jak ciężar, którego nawet nie wiesz, jak podnieść. Przestajesz widzieć granice. Zaczynasz robić miny, które mają udawać, że jest dobrze. A potem któregoś dnia budzisz się w środku nocy i wiesz, że coś cię gniecie, ale nie potrafisz jeszcze powiedzieć co. Czujesz tylko, że uciekasz przed czymś bez twarzy. Do czasu. Aż usiądziesz. Aż wypowiesz imię. Aż nazwiesz sprawę tak, jak nazwałbyś plik, który chcesz wreszcie odnaleźć: uczciwie, prosto, bez udawania, że to coś innego. I wtedy zaczyna się coś, co Biblia nazywa wolnością. Nie fajerwerki, nie objawienie, tylko ciche drgnięcie w środku: aha, to o to mi chodziło. To to mnie bolało. To to mnie prowadziło na manowce. Prawda nie jest karą. Jest otwarciem okna. Imię to pierwszy oddech. A nazwanie problemu, choćby drżącym głosem, jest jak kliknięcie „pokaż w folderze”, po którym nagle wiesz, gdzie wszystko jest. I że z Bogiem można to unieść. Potem zawsze przychodzi pokój. Taki cichy, trochę jak świt. Taki, który mówi:

- dobrze, że w końcu to wypowiedziałeś.