Czasem mam wrażenie, że współczesny świat to ogromny supermarket prawd. Każdy chodzi między regałami i wybiera tę, która najbardziej pasuje do jego nastroju, diety, zimowych depresji i letnich ambicji: - prawda bez laktozy, - prawda z dodatkiem autentyczności, - prawda wyprodukowana w duchu slow life z poszanowaniem lokalnych wrażliwości. Wszystko w ładnych opakowaniach, z hasłem living your truth jakbyśmy byli marką ekologicznych płatków owsianych. A potem spotykają się dwie osoby, każda z własną „prawdą”. I nagle okazuje się, że te dwie prawdy nie mogą siedzieć koło siebie przy jednym stoliku. Jedna zaczyna się wiercić, druga krzywo patrzy, kłócą się o rachunek, a w końcu ktoś wychodzi trzaskając drzwiami. I tu pojawia się pytanie, które potrafi zrobić bałagan większy niż rozlany sok na dywanie: - jeśli wszystkie prawdy są prawdami, to która jest prawdziwa? Biblia, w swoim upartym, dziwnie czułym stylu, proponuje coś, co w dzisiejszych czasach brzmi prawie jak afront: że prawda nie należy do nas. Że nie jest produktem sezonowym ani projektem DIY. Że nie rodzi się w emocjach, opiniach ani w wewnętrznej pogodzie. Że istnieje obiektywna rzeczywistość, niepojęta i cicha, której źródło bije gdzieś poza nami. Tak sobie siedzimy na werandzie wszechświata, z kubkiem kawy, wpatrzeni w coś, czego do końca nie rozumiemy, ale co w dziwny sposób zawsze było prawdziwsze od nas samych. Pismo Święte nie próbuje się przypodobać. Nie pyta nas o zdanie. Ono raczej stawia lustro i mówi: - popatrz, tak Bóg widzi świat. I tak widzi ciebie. I nagle okazuje się, że ta perspektywa wcale nie jest surowa. Bo gdy Jezus mówi o prawdzie, nie ma w tym tonu nauczyciela z krótkim lontem. On mówi raczej jak ktoś, kto przeprowadzi cię przez ciemny dom, żebyś nie trzasnął kolanem w kant stołu. „Prawda was wyzwoli” - to nie slogan. To bardziej: - hej, już nie musisz udawać, już nie musisz wymyślać się od nowa, już nie musisz pokazywać światu tej lepszej wersji siebie, bo prawda nie jest przeciwko tobie. Ona jest po to, żeby cię odblokować. W świecie, który kocha własne narracje, Boża Prawda jest do szpiku konfrontacyjna i właśnie dlatego, że nie da się jej ugiąć. Ale jednocześnie jest najczulsza, bo wreszcie daje oparcie. Jakby ktoś w końcu przykręcił realność tak, żeby rzeczy naprawdę stały na swoim miejscu. Czytanie Słowa Bożego nie jest więc aktem religijnego heroizmu. Jest bardziej jak zapalanie światła po ciemku: - niby nic wielkiego, ale nagle widzisz kontury rzeczy, które wcześniej wydawały ci się zatrważające. I może to jest właśnie przewrotność tej całej historii: - że prawda, która nie zależy od nas, jest prawdą, która nas najbardziej uwalnia. Więc dziś, jeśli możesz, podziękuj Bogu, że nie oddał nam produkcji prawdy w outsourcing. Że objawia ją sam, bez falbanek, bez negocjacji, bez zmiennych regulaminów. Bo gdyby prawda była w naszych rękach, dawno byśmy ją zepsuli. A tak… wciąż mamy dokąd wracać.