Czasem mam wrażenie, że apokryfy zaczęły się dokładnie w tym momencie, w którym ktoś zamknął zwój Ewangelii i powiedział: „Dobrze. A teraz spróbujmy to zrozumieć”. Nie poprawić. Nie dopisać faktów. Zrozumieć. Jakby wydarzenie narodzenia Boga było czymś zbyt dużym, by zmieścić się w kilku oszczędnych zdaniach Mateusza i Łukasza. Jakby wspólnota, która w to uwierzyła, potrzebowała jeszcze dotyku, światła, oddechu. I właśnie tam, w tej potrzebie, rodzą się apokryfy. Protoewangelia Jakuba nie ukrywa, że mówi do ludzi już wierzących. Nie próbuje nikogo przekonać. Zakłada wiarę i zaczyna opowiadać. Kiedy opisuje narodzenie Jezusa, nie skupia się na miejscu ani na dacie. Skupia się na reakcji świata: „I spojrzałem w powietrze, i ujrzałem ptaki nieba, które stały nieruchomo. I spojrzałem na ziemię, i ujrzałem misę leżącą, i robotników, którzy mieli ręce w misie, a nie poruszali nimi” (Protoewangelia Jakuba 18). To brzmi jak sen, ale dla świata semickiego było to zdanie w pełni logiczne. Gdy prorok Habakuk pisał: „Słońce i księżyc stanęły na swym miejscu” (Ha 3,11), - nikt nie pytał o mechanikę nieba. Chodziło o coś prostszego i głębszego: gdy Bóg działa, rzeczywistość to wie. Apokryf nie tworzy więc alternatywnej historii. On mówi dawnym językiem, tylko stosuje go do nowego centrum… do Dziecka. Podobnie z grotą. W kanonicznych Ewangeliach jej nie ma. W apokryfach jest oczywista. Grota nie jest dekoracją. Jest teologicznym skrótem. Miejscem ukrycia i objawienia jednocześnie. Orygenes, pisząc w III wieku, notuje niemal bez emocji: „W Betlejem pokazuje się grotę, w której narodził się Jezus, i miejsce to jest czczone nawet przez tych, którzy nie należą do naszej wiary” (Contra Celsum I,51). To zdanie jest ważne właśnie dlatego, że nie jest kazaniem. To zapis pamięci lokalnej. Ślad tego, że wcielenie od początku było przeżywane w przestrzeni ciała i miejsca, nie tylko tekstu. Jednym z najbardziej przejmujących fragmentów Protoewangelii Jakuba pozostaje scena Salome. Kobieta nie wierzy. Chce sprawdzić. Jej ręka usycha. Zostaje uzdrowiona dopiero wtedy, gdy dotyka Dzieciątka. Autor wkłada w jej usta wyznanie: „Wielki cud ujrzałam dzisiaj: zbawienie przyszło do Izraela” (Prot. Jak. 20). To nie jest opowieść przeciwko rozumowi. To opowieść o jego granicy. Gershom Scholem pisał, że w tradycji żydowskiej „prawda objawienia nie jest ideą, lecz wydarzeniem, które domaga się uczestnictwa” (Major Trends in Jewish Mysticism). Salome nie zostaje potępiona za sceptycyzm. Ona zostaje włączona w relację. Apokryf mówi cicho, ale wyraźnie: - są rzeczy, których nie da się sprawdzić, nie ryzykując bliskości. Ten sam sposób myślenia przenika tradycje syryjskie. Efrem Syryjczyk, pisząc swoje Hymny o Narodzeniu, notuje paradoks bez prób jego wygładzenia: „Mały leżał w żłobie, a wielkością swoją napełniał niebo i ziemię” (Hymni de Nativitate 4,148). Gdzie indziej dodaje: „Łono Marii stało się niebem, bo zamieszkał w nim Pan wysokości” (tamże). To nie poetycka przesada. To teologia, która wie, że sprzeczność jest jedynym uczciwym językiem wobec tajemnicy. A potem pojawia się Koran. I nagle okazuje się, że te opowieści nie zniknęły. One wciąż krążą. Sura Maryam opisuje poród Jezusa pod palmą. Maria jest sama. Zmęczona. Boli ją. „I ogarnęły ją bóle porodowe pod pniem palmy” (Koran 19,23). Słyszy głos: „Nie smuć się. Twój Pan sprawił, że u twych stóp płynie strumień” (19,24). Potrząsa palmą i „spadną na ciebie świeże, dojrzałe daktyle” (19,25). Tego obrazu nie ma w Biblii. Jest natomiast w Ewangelii Pseudo-Mateusza, gdzie palma pochyla się przed Marią, aby ją nakarmić. To nie przypadek. Sidney Griffith trafnie zauważa, że Koran „rozmawia z chrześcijaństwem, jakie znał; chrześcijaństwem opowieści, hymnów i apokryfów” (The Bible in Arabic). Maria Koranu jest inna teologicznie, ale zadziwiająco bliska apokryfom; O Mario, Bóg wybrał cię i oczyścił, i wybrał cię ponad kobiety światów” (Koran 3,42). To zdanie brzmi jak echo Protoewangelii Jakuba, w której Maria od dzieciństwa żyje w przestrzeni świętości, karmiona przez aniołów i oddzielona od zwykłego porządku świata. Różne systemy wiary, a ten sam semicki sposób mówienia o Bogu, który przychodzi przez ciało, historię i kobiece doświadczenie. *** Są jeszcze mniej znane teksty, jak Arabska Ewangelia Dzieciństwa, w której Jezus jako dziecko spotyka dzikie zwierzęta i one ustępują Mu drogi. Tekst mówi wprost, że „lwy i lamparty szły obok Niego i nie czyniły krzywdy nikomu”. Dziś łatwo się uśmiechnąć. Ale w świecie proroka Izajasza to był znak czasów ostatecznych: „Wilk zamieszka wraz z barankiem” (Iz 11,6). Apokryfy mówią: to się już zaczęło. W Dziecku. Kościół musiał zamknąć kanon. Bez tego chrześcijaństwo rozpadłoby się na nieskończoną liczbę wersji. Ale zamknięcie kanonu nie zabiło opowieści. One przeszły do ikon, kolęd, liturgii. Jaroslav Pelikan zauważa, że „to, co zostało wykluczone z kanonu, często pozostało żywe w wierze i praktyce Kościoła” (The Christian Tradition, t. 1). I może właśnie dlatego chrześcijaństwo nie stało się religią wyłącznie poprawnych zdań. *** Apokryfy nie są natchnione w sensie kanonicznym. Ale są natchnione ludzkim wysiłkiem, by nie zgubić zdumienia. Są dowodem na to, że wcielenie było wydarzeniem zbyt realnym, by zostawić je tylko w suchym zapisie. I kiedy dziś do nich wracamy; przez Protoewangelię Jakuba, hymny Efrema, apokryfy arabskie, a nawet Koran, widzimy coś ważnego. Że zanim pojawiły się definicje, była opowieść. I że ona też mówi o Bogu ucziwie. Może więc apokryfy są też tym miejscem, w którym wiara przestaje być odpowiedzią, a staje się pytaniem zadanym na całe życie. Kanon mówi: to się wydarzyło. Apokryfy pytają: co to zrobiło z nami. Zostawiają ślady drżenia rąk, zatrzymanego czasu, zwątpienia, które nie zostało ukarane, lecz wchłonięte w relację. Są dowodem na to, że pierwsze wspólnoty nie bały się myśleć o Bogu w kategoriach bliskości, ciała, emocji i wyobraźni, nawet za cenę nadmiaru. W świecie, który domaga się precyzji, apokryfy przypominają, że tajemnica nie zawsze chce być precyzyjna. Czasem chce być opowiedziana. Nie po to, by ją posiąść, ale by przy niej pozostać. I być może właśnie dlatego te teksty, nienatchnione, a jednak uporczywie żywe, wciąż do nas wracają. Bo wcielenie nie było tylko faktem do zapamiętania. Było doświadczeniem, które domaga się ciągłego dopowiadania. A tam, gdzie człowiek wciąż próbuje dopowiedzieć Boga, tam wiara jeszcze oddycha.
Czasem mam wrażenie, że apokryfy zaczęły się…
Czasem mam wrażenie, że apokryfy zaczęły się dokładnie w tym momencie, w którym ktoś zamknął zwój Ewangelii i powiedział: „Dobrze. A teraz spróbujmy to zrozumieć”. Nie poprawić. Nie dopisać faktów. Zrozumieć. Jakby…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.