Czasem człowiek siedzi w ciszy, która nie jest ciszą, tylko przeciążonym sercem. I ta cisza pęka jak cienka skorupa, kiedy nagle dociera do niego, że nie ma już pomysłu na siebie. A przecież jeszcze wczoraj miał, albo przynajmniej udawał, że ma. W takich chwilach wyobrażam sobie Dawida. Nie jako bohatera, nie jako króla na marmurowym piedestale, tylko jako faceta, który budzi się w nocy, słyszy własny oddech i myśli: „Boże, jeśli jesteś, zostań jeszcze chwilę.” Bo kto wie lepiej od nas, jak wygląda człowiek, który przegrał ze strachem, tyle że nie uciekł? Rózga i laska, te starożytne rekwizyty, które brzmią jak coś z muzeum w Jerozolimie, były dla niego czymś bardziej konkretnym niż wszystkie nasze mechanizmy radzenia sobie. One mówiły: „Nie jesteś sam.” One mówiły: „Ktoś idzie przed tobą. Ktoś liczy twoje kroki.” I Dawid, ten sam Dawid, który nie raz zawalił tak spektakularnie, że dzisiejsi terapeuci mieliby z nim pełne ręce roboty, potrafił ze środka własnego chaosu powiedzieć: „One mnie pocieszają.” To nie jest zdanie człowieka, który wygrał. To jest zdanie człowieka, który przeżył. Dawid pisał psalmy nie dlatego, że miał stabilne życie. Pisał je pomimo tego, że jego życie było jak skóra naciągnięta na zbyt wiele ran naraz. Znał strach. Znał ból po złych decyzjach. Znał ten rodzaj wstydu, który człowiek czuje nie przed ludźmi, ale przed samym sobą. A jednak miał coś, co trzymało go przy życiu: Słowo. Nie jako literę. Nie jako obowiązek. Jako ślad obecności. Może dlatego w najciemniejszych miejscach brzmiał spokojniej niż my w naszych najjaśniejszych. Bo wiedział, że jeśli Bóg raz mówi prawdę, to nie przestaje jej mówić tylko dlatego, że człowiek się potknął. My mamy jeszcze więcej niż on. Mamy słowa Jezusa, te, które brzmią jak głos kogoś, kto widzi dalej niż ściana, o którą właśnie się opierasz: „Powiedziałem wam to, żebyście we Mnie mieli pokój… odwagi, Ja odniosłem zwycięstwo nad światem.” (J 16:33) Jeśli wsłuchasz się uważnie, zauważysz, że Jezus nie obiecuje, że świat złagodnieje. Mówi, że On jest większy. Że On zostaje. Że się nie cofa. Że jeśli idziesz i nagle nie masz siły iść dalej, to właśnie tam, w zatrzymaniu, w drżeniu, w zawieszeniu; Jego obecność robi się najbardziej gęsta. Może na tym polega Boże pocieszenie: nie na euforii, nie na gotowych rozwiązaniach, ale na tej dziwnej, miękkiej pewności, która pojawia się, kiedy człowiek już zupełnie nie wie, co dalej, a jednak czuje, że nie jest sam. To jest rodzaj pocieszenia, którego nie da się wyprodukować ani wymusić. Ono przychodzi jak światło w pokoju, w którym zapomniałeś otworzyć okno. Cicho. Kojąco. Najczęściej wtedy, gdy myślisz, że już nic się nie zmieni. Dlatego Dawid mógł mówić: „Nie boję się zła.” Bo wiedział, że zło nie wygrywa z obecnością. Może i nam przydałoby się dzisiaj całkiem zwyczajne postanowienie: wpuścić to Słowo trochę głębiej. Nie jako religijną dyscyplinę. Jako przestrzeń dla Kogoś, kto nie wychodzi, kiedy robi się ciężko. Bo jeśli Bóg jest tym, który zostaje i czeka, to nawet nasze najciemniejsze miejsca nie są już tak ciemne, jak się nam wydaje.
Czasem człowiek siedzi w ciszy, która nie…
Czasem człowiek siedzi w ciszy, która nie jest ciszą, tylko przeciążonym sercem. I ta cisza pęka jak cienka skorupa, kiedy nagle dociera do niego, że nie ma już pomysłu na siebie. A przecież jeszcze wczoraj miał, albo…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.