Czasami wydaje nam się, że klucz do sukcesu to mieć plan, terminarz i zęby wybielone jak w reklamie pasty. Potem słyszymy o ludziach, którzy zupełnie tego nie mieli, a mimo to wylądowali w Wikipedii. Nie dlatego, że wszystko im wychodziło a wręcz przeciwnie. Oni po prostu byli zbyt uparci, żeby się przejmować cudzymi epitetami. Weźmy Thomasa Edisona. Człowiek, który wymyślił żarówkę, fonograf i kilka tysięcy innych rzeczy, dostał od swojego nauczyciela etykietkę „opóźniony w rozwoju”. Do szkoły chodził tak krótko, że nawet nie zdążył poznać wszystkich przekleństw na podwórku. Matka, w akcie desperacji (lub genialnego wyczucia), zabrała go z klasy i zaczęła uczyć sama. Można powiedzieć, że to była pierwsza wersja edukacji domowej tyle, że nie po to, by uchronić dziecko przed deprawacją rówieśników, ale żeby ochronić rówieśników przed dzieckiem. A teraz Walt Disney. Ten od Myszki Miki, Disneylandu i całej tej amerykańskiej waty cukrowej w wersji kinowej. W 1919 roku dostał kopa w tyłek z redakcji Kansas City Star, bo „brakowało mu wyobraźni i dobrych pomysłów”. Tak, temu facetowi, który później wymyślił gadającą kaczkę w marynarskiej czapce. Zastanawiam się, czy redaktor, który go zwolnił, kiedykolwiek był w Disneylandzie. I czy miał odwagę wejść do gabinetu z tabliczką „Walt Disney” na drzwiach i powiedzieć: „No dobra, może jednak coś w tej głowie miałeś”. Można by tu dorzucić Henry’ego Forda, który rzeczywiście kilka razy bankrutował, zanim jego nazwisko stało się synonimem wygodnego (?) samochodu. Ale legenda o tym, że „ledwo umiał pisać i czytać”, jest naciągana. Gość potrafił pisać wystarczająco, by podpisać czeki, a to w biznesie motoryzacyjnym często wystarczy. Co łączy Edisona, Disneya i Forda? Nie genialny start. Nie pobożna dyscyplina. Nie trzy godziny snu i pięćdziesiąt pompek rano. Łączy ich to, że wszyscy usłyszeli od kogoś ważnego: „Nie nadajesz się”. A potem z jakiegoś powodu stwierdzili: „hmmm…, ciekawe…, ale i tak zrobię to po swojemu”. I tu jest morał, choć nienachalny: jeśli kiedykolwiek usłyszysz od kogoś, że jesteś opóźniony, bez wyobraźni albo kompletnie bez przyszłości, to może zachowaj się jak jeden z tych wielkich szaleńców. Uśmiechnij się, kiwnij głową, a potem zrób coś tak dużego, żeby osoba, która to powiedziała, musiała się przeciskać przez tłum, żeby w ogóle cię zobaczyć. Bo w gruncie rzeczy, jak mawiał Edison, geniusz to jeden procent inspiracji i dziewięćdziesiąt dziewięć procent… nieprzejmowania się tym, co mówią inni. (A może to powiedział mój kot?) *** Problem z inspirującymi historiami jest taki, że większość z nich jest… inspirująca tylko wtedy, kiedy ktoś ją wcześniej dobrze przyprawi. Weźmy tę anegdotę o Mozarcie i „za dużej liczbie nut” - brzmi świetnie, prawda? Geniusz, któremu cesarz mówi, że przesadził z tonacją, a on tylko unosi brew i dalej gra swoje. Tyle że to może być zwykłe plotkarskie karaoke, powtarzane przez dwieście lat. Podobnie z Darwinem, któremu rzekomo radzono, żeby rzucił medycynę, bo jest w tym kiepski. Może rzeczywiście ktoś to powiedział, a może po prostu miał zły dzień i chciał mu dokopać. Ale jakoś lepiej się sprzedaje wersja z surowym ojcem i wizją syna-marynarza, który nigdy nie zobaczy mikroskopu. Einstein? Owszem, mówił późno, ale opowieść o „opóźnionym” geniuszu, którego szkoła nie chciała, jest znacznie bardziej dramatyczna niż prawda o introwertycznym chłopaku, który po prostu lubił patrzeć w okno, liczyć chmury i podnosić je do Pi. Rodin, Mendelejew, Marconi? Hmmm…, każda z tych anegdot jest jak stare zdjęcie, które ktoś podretuszował w Photoshopie, żeby pasowało do folderu „Motywacja 101”. A my, zamiast pytać o oryginał, oglądamy te memy w kółko i wierzymy, że sukces to zawsze połączenie upokorzenia w młodości i nagrody w starości. Nie, sukces jest dziwny. Czasem zaczyna się od bankructwa, czasem od traumy, czasem od nudnej stabilności, a czasem w ogóle się nie zaczyna. I to też jest okej. Bo jeśli coś warto wziąć z tych prawdziwych i tych podkolorowanych historii, to nie to, że wszyscy możemy być Edisonem. Tylko to, że czasem najzdrowsze, co możesz zrobić, to ziewnąć, przewrócić oczami i pomyśleć: - Po prostu się nie przejmuj. @[100003186500753:2048:Witold Kazimierz Augustyn] P.S. Aaaa, i może powiedz to swojemu dziecku?