Carl Gustav Jung urodził się w małym, dusznym domu parafialnym, gdzie zapach starych ksiąg teologicznych mieszał się z zapachem gotowanej zupy. Jego ojciec był pastorem Kościoła reformowanego, człowiekiem wiernym obowiązkowi, a jednak kruchym w środku. Jego matka, córka teologa, miała w sobie więcej mistycznej głębi, bardziej nieoczywistej duchowości, czasem dziwnej, nawet mrocznej. Carl dorastał w świecie, w którym słowo „Bóg” wypowiadano codziennie, ale często brzmiało ono jak echo, bez życia. Już jako chłopiec wiedział, że między kazaniami ojca a jego własnymi wizjami zieje przepaść. Ojciec mówił o zbawieniu, ale w oczach miał zmęczenie. Carl śnił o bogach zasiadających na tronach z ciemności, o wizjach, które gorszyłyby parafian, a jednak miały w sobie więcej prawdy niż sucha liturgia. Najbardziej pamiętał sen o podziemnym tronie. Na nim siedział kosmiczny Bóg, a z tronu spadała potworna kupa złota, niszcząc wszystko, co święte. Chłopiec był przerażony: bluźnierstwo! A jednak w środku czuł, że ten obraz niesie ze sobą prawdę większą niż kazania ojca. Zrozumiał, że Bóg mieszka także w tym, co odrzucone i zakazane. Jako nastolatek miał epizody depresyjne. Był samotny, zamknięty w sobie, rozdarty między nauką a duchowością. Z jednej strony ciągnęła go biologia, medycyna, empiryzm; z drugiej czuł, że człowiek to więcej niż chemia i mięśnie. W jego duszy zawsze walczyły dwa światy: laboratorium i świątynia. Na uniwersytecie w Bazylei wybiera medycynę, potem psychiatrię. Trafia do kliniki w Zurychu, gdzie widzi ludzi, którzy dawno wypadli z „normalności”: schizofreników, histeryczki, ludzi odciętych od rzeczywistości. Patrzy na nich i wie: oni nie są tylko chorzy. Oni są sceną, na której odgrywa się walka bogów. To, co tradycyjnie nazywano demonami, on zaczyna rozpoznawać jako archetypy, symbole, język nieświadomości. *** Spotkanie z Freudem było początkiem duchowego ojcostwa, które trwało kilka lat. Jung wierzył, że Freud pokaże mu drogę, że psychoanaliza może być nową formą kapłaństwa. Ale szybko wyszło na jaw, że Freud widzi w religii jedynie neurozę, iluzję, oszustwo. Jung nie mógł tego przyjąć. Dla niego religia była czymś odwrotnym: fundamentem zdrowia psychicznego, wymiarem, bez którego człowiek nie jest całością. Kiedy ich drogi się rozeszły, Jung został sam. To był moment kryzysu, najciemniejszy okres w jego życiu. W nocy zapisywał wizje, rysował mandale, prowadził rozmowy z własną duszą. Wtedy powstała jego „Czerwona Księga” - prywatna Biblia, której nie pokazał światu do śmierci. Tam zapisywał swoje spotkania z Bogiem, demonami, archetypami. I to prawdopodobnie wtedy narodziło się zdanie, które przeszło do historii: „Nie wierzę w Boga. Ja wiem, że On istnieje.” Nie mówił tego jak teolog ani jak ateista w sporze. Mówił jak człowiek, który przeszedł przez noc duszy i wyszedł z niej z pewnością, że Bóg nie jest kwestią doktryny. Bóg jest faktem psychicznym, doświadczeniem, które albo ocala, albo niszczy. *** Ojciec Junga był dobrym człowiekiem. Sumiennym, łagodnym, przewidywalnym. Ale dla syna… tragicznie pustym w środku. (A może chodziło o to, że prorok we własnym domu zawsze jest nierozumiany?) Mały Carl widział, jak ojciec siada do biurka, przygotowuje kazania, czyta Pismo Święte. A potem wychodzi na ambonę i mówi o Bogu. I syn słucha, a jednocześnie czuje, że to, co słyszy, nie płynie z serca. Słowa były poprawne, ale martwe. W domu atmosfera była podobna: codzienne modlitwy, rozmowy o religii, a jednak bez żaru. Ojciec nie miał w sobie ognia, którego szukał syn. Kiedy Carl zapytał go wprost, czy naprawdę wierzy w Boga, ojciec odpowiedział teologicznymi formułkami, które brzmiały bardziej jak unik niż wyznanie. Dla chłopca to był dramat. On nie chciał definicji. Chciał wiedzieć, czy Bóg jest. A ojciec, który miał być przewodnikiem, nie potrafił tego powiedzieć. Ten brak stał się dla Junga punktem wyjścia. Nie poszedł drogą ojca, nie został pastorem. Zamiast tego wybrał psychiatrię, sny, mity, archetypy. Bo czuł, że gdzieś pod powierzchnią, tam, gdzie ojciec nie potrafił dotrzeć, naprawdę mieszka Bóg. Ojciec mówił: „wierzę”, ale w jego oczach było zmęczenie. Syn mówił: „wiem” - i to było żywe. Można powiedzieć, że Jung odziedziczył pustkę po ojcu i zamienił ją w swoją największą siłę. W miejscu, w którym ojciec się poddał, syn poszedł głębiej. *** Bóg był dla Junga obecnością, która nie dawała się sprowadzić do formuł. Pojawiał się w snach, w obrazach, w symbolach. Czasem jako światło, czasem jako przerażający cień. Jako dziecko miał wizję, że jeśli pozwoli sobie wyobrazić bluźnierstwo; Bóg na tronie, a z tronu spadająca nieczystość, to zostanie przeklęty. Walczył sam ze sobą, aż w końcu obraz runął. I nic się nie stało. Niebo nie zamknęło się nad nim. Zamiast kary przyszła ulga. Jung zrozumiał, że Bóg jest większy niż nasze myśli. Większy niż zakazy. Większy niż nasz lęk. Bo w dorosłym życiu widział to wciąż. Pacjenci, którzy przychodzili z koszmarami, w istocie rozmawiali ze swoim Bogiem. Archetypy, które wyłaniały się z nieświadomości, były językiem boskiej obecności. Jung wiedział, że człowiek, który odetnie się od tego wymiaru, choruje. Dlatego jego „wiem” nie było triumfem ani arogancją. Było raportem z doświadczenia. Bóg istnieje. Nie jako doktryna, lecz jako żywe spotkanie. *** Wyobraźmy sobie Junga w ostatnich latach życia. Siedzi w ogrodzie nad Jeziorem Zuryskim. Ma osiemdziesiąt lat, świat właśnie otrząsa się po wojnie. Patrzy na wodę, w której odbija się niebo. Ktoś znowu pyta: - „Panie profesorze, czy pan wierzy w Boga?” On się uśmiecha. Bez gniewu, bez prowokacji, bez ironii. I mówi: - „Nie wierzę. Po prostu wiem.” W tym zdaniu zawiera się całe jego życie: dzieciństwo z ojcem, który wierzył sucho i sztywno, młodość rozdarta między nauką a snem; wizje, które były bluźniercze i zbawcze zarazem; i Bóg, który okazał się większy niż kazania, większy niż systemy, większy niż choroby, lęki. To zdanie jest nie tyle deklaracją, co świadectwem. Cichym, jakby powiedzianym do samego siebie. Bo Jung wiedział jedno: - człowiek bez Boga, choćby nie chciał się do tego przyznać, jest tylko połową siebie. Reszta to głód.