Były momenty, że chciałem usiąść i posiedzieć. Nie dlatego, że bolały mnie nogi - chociaż bolały. Ani dlatego, że byłem zmęczony tygodniem, chociaż byłem. Tylko dlatego, że coś we mnie mówiło: „to nie to, gdzie jest mój sens?” Ale szedłem. Bo obok szli inni. I w ich twarzach tych zmęczonych, potarganych przez słońce, przez życie, przez własne myśli, tych rozśpiewanych i radosnych

- był On. Nie Chrystus z obrazka. Nie Chrystus z kazania. Chrystus, który patrzył na mnie oczami człowieka, który niósł plecak z przeszłością. Chrystus, który milczał obok, kiedy nie umiałem już mówić. Chrystus, który powiedział mi: „zatrzymajmy się na chwilę” - i to wystarczyło, żeby poczuć szczęście. Nie jestem dobry w pielgrzymowaniu. Zbyt często wątpię, zbyt łatwo się rozpraszam. Modlę się krzywo. Czasem wcale. Ale może właśnie dlatego szedł obok mnie. Bo nie udawałem przed sobą, że wszystko jest dobrze. I wiem już, że On nie przychodzi z góry. On wychodzi ci naprzeciw - w człowieku, który się uśmiecha, mimo, że jemu też jest ciężko. W ramieniu, które ociera ci pot, bo widzi, że już nie masz siły. W rękach, które nie biorą, tylko niosą. Las nie był tylko lasem. Droga nie była tylko drogą. To była przestrzeń, w której On mógł być blisko. Bez kaplic, bez kadzideł, bez schematów. Tylko człowiek obok człowieka. Tylko On - w nas. A Sanktuarium nie było celem a może tylko… początkiem nowej drogi.