Bywa, że dzisiaj niektóre kościoły wypaczają obraz Boga. Przestawiają Jego twarz na nieco bardziej urzędową. Podmienili Jego głos na ton urzędnika z wydziału karnego, który mówi rzeczy jak: „Z żalem informuję” albo „zgodnie z paragrafem”. Zamiast ciepła - osądzanie. Zamiast ramion - liturgia. A wszystko to owinięte w bawełnę świętości, jakby strach był najbardziej duchowym z uczuć. Kiedyś, w jednej z takich świątyń, usłyszałem kazanie o Bożym miłosierdziu, które brzmiało bardziej jak przypomnienie o niezapłaconych podatkach. „Pan Bóg wybaczy, ale najpierw…” - i tu nastąpiła lista: spowiedź, post, wyrzeczenia, pokuta, siedem kroków, dziesięć zasad, czternaście warunków. Brzmiało to jak broszura z urzędu skarbowego, tylko z większą ilością kadzidła. A przecież… jeśli Bóg rzeczywiście jest Ojcem - to wszystko wygląda inaczej. Bo ojcostwo, prawdziwe ojcostwo, nie liczy kroków. Nie stawia warunków powrotu. Nie czeka z zegarkiem w ręku, aż w końcu zrobisz wszystko jak trzeba. Prawdziwy ojciec nie ma w oczach taryfikatora. Ma łzy. I drżenie dłoni, gdy znów cię widzi. Czasem wydaje mi się, że największym cudem, jaki Bóg robi każdego dnia, nie jest zamiana wody w wino ani uzdrawianie ślepych. Największy cud to to, że jeszcze się nami nie znudził. Że wciąż jest gotów zejść po nas do piwnicy, w której się chowamy. Że nie męczy Go nasza głupota. Że nie zmienia zamków, kiedy trzaskamy drzwiami. Ojcostwo to obecność, która nie musi być udowadniana. To głos, który nie grozi. To spojrzenie, które nie przeszukuje, tylko przyjmuje. I to jest Bóg. Nie glina. Nie księgowy. Nie szef działu kadr z wiecznym „ale”. Bóg nie sprawdza obecności w ławkach. On sprawdza, czy nasze serce jeszcze bije. I jeśli bije - to znaczy, że jest jeszcze czas. Że można wrócić. Choćby na czworakach. Choćby po cichu. Choćby z ostatnim oddechem. Nie wiem, kto pierwszy wmówił nam, że Bóg lubi porządek. Może ktoś, komu brakowało miłości. Albo ktoś, kto sam za bardzo chciał rządzić. Ale ja wierzę w innego Boga. Tego, który biegł do syna, zanim ten zdążył cokolwiek powiedzieć. Tego, który zszedł z nieba nie po to, żeby nas rozliczyć, tylko żeby nas objąć. I może to najtrudniejsza rzecz do uwierzenia. Że On naprawdę nie ma w ręce kalkulatora. Ma otwartą dłoń. Taką, w której mieści się każda nasza porażka. I która nigdy nie zaciska się w pięść. Taki jest Bóg. Ojciec.