Być może wszystko zaczyna się od złudzenia, że drugiego człowieka da się mieć. Jak dom. Jak święty spokój. Jak urlop wykupiony z opcją pełnego wyżywienia. A potem przychodzi dzień, w którym siedzisz z kimś przy stole i zamiast rozmowy czujesz coś na kształt głodu. Nie, nie braku śniadania. Tylko czegoś większego. Jakby dusza twoja wystawiła język i nie czuła smaku. A przecież wszystko powinno być dobrze. Ona tu jest. On tu jest. A jednak to „tu” przypomina przestrzeń pomiędzy dwoma równoległymi torami. Bliskość - tak bardzo obok, że aż nie do dotknięcia. *** Miłość zaczyna się od pragnienia. Ale ten początek jest jak młodzieńcza fanaberia: chce się mieć, chce się być, chce się razem. Żar. Tęsknota. Wgryzanie się w siebie nawzajem jak w dojrzałe owoce. Zaczynamy od zalotów, które są rodzajem teatralnej wersji siebie, postacią z komedii romantycznej, a nie z własnego lustra. Dopiero po ślubie albo po setnej wspólnej kolacji człowiek zdejmuje kostium i widzi siebie - nie jako spełnione marzenie, tylko jako byt wątpiący, czasem śmierdzący, czasem smutny. I właśnie wtedy zaczyna się napięcie. To pierwsze. Napięcie między chceniem a niechceniem. Jakby serce, w którym ktoś chciał kochać do końca, zaczynało się łamać pod ciężarem samego siebie. Miłość, która była radością, staje się wyborem. Albo czymś, co przypomina błąd systemu. Człowiek patrzy na drugiego i pyta: „Dlaczego nie czuję tego, co czułem?”.  A potem pyta gorzej: „Czy to znaczy, że już nie kocham?”. Miłość nie znika. Ona tylko się przenosi. Z poziomu emocji na poziom decyzji. Ale decyzje to nie piosenki, które grają w tle. Decyzje trzeba przeżywać na trzeźwo. A wtedy boli. Bo oto ja romantyk, który przysiągł być zawsze, musi przyznać, że nie umie być dzisiaj. Że dzisiaj bycie z tobą to praca. I to praca, której nikt nie klaszcze. Być może dlatego miłość nie zawsze smakuje jak wino. Czasem smakuje jak niedoprawiona zupa. I wtedy zaczynasz doprawiać. Ale nie solą. Tylko pytaniem: czy jestem gotów trwać, nawet jeśli nie mam już tego dreszczu, tej drżącej ekscytacji bycia wybranym? Właśnie wtedy zaczynasz dojrzewać. *** Są dni, w których ciało chce, a dusza śpi. Albo odwrotnie, dusza chce, a ciało się wstydzi, boli, milknie. I wtedy myślisz: to nie tak miało być. Przecież miało być jedno - ja i ty - tak głęboko spleceni, że nie będzie wiadomo, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie. Ale jedność nie przychodzi przez dotyk. Przychodzi przez coś trudniejszego - przez zgodę. Jest w miłości napięcie drugie. Między bliskością cielesną a samotnością duchową. Paradoks, który czujemy najintensywniej, gdy jesteśmy obok - nadzy, przytuleni, a jednak dalecy jak kontynenty oddzielone oceanem milczenia. Wspólne łóżko to nie jedność. Czasem to tylko mebel. I w tym łóżku, gdy minie namiętność, zostaje cisza. Cisza, w której wyraźniej niż kiedykolwiek słychać brak jedności. Bo dusze nie śpią z ciałami. Dusze nie rozbierają się do naga. Dusze się odsłaniają. A to odsłonięcie jest jak modlitwa. Bez przymusu. Bez gwarancji. Bez ubezpieczenia. Dlatego tak trudno w związku zjednoczyć się naprawdę. Bo większość z nas próbuje zjednoczyć się przez gesty, które mają przynieść pokój - a przynoszą tylko ulgę. To dlatego po seksie niektórzy płaczą. To dlatego niektórzy czują pustkę, niepokój, zimno w duszy. Bo zmysły próbują zagłuszyć wołanie ducha. A duch nie chce ulgi - duch chce więzi i prawdziwej obecności. Miłość, jeśli ma przetrwać, musi sięgnąć głębiej niż ciało. Musi wejść w przestrzeń modlitwy, w której człowiek mówi: „Dziękuję, że jesteś, choć nie zawsze cię rozumiem. Dziękuję, że zostałeś, choć ja sam chciałem uciec”. Musi stać się spotkaniem dusz, a nie tylko spotkaniem skóry. I wtedy nagle zaczynasz rozumieć, że nie jesteście jednym ciałem tylko wtedy, gdy się kochacie późnym wieczorem. Ale wtedy, gdy jedno milczy, a drugie zostaje obok. Gdy jedno choruje, a drugie gotuje rosół. Gdy jedno się modli, a drugie nie śmie przerywać. Dopiero wtedy zbliżacie się do zjednoczenia. Takiego, którego ciało samo nigdy nie udźwignie. *** Miłość, która miała nas wypełnić, często rozdziera. Nie dlatego, że jest zła. Ale dlatego, że człowiek nie został stworzony do tego, by był końcem drugiego człowieka. Każde „ty” nosi w sobie przestrzeń, której nie da się zamknąć w małżeństwie, w dotyku, w rozmowie. To przestrzeń tęsknoty za czymś więcej. I jeśli jej nie rozpoznamy, zaczniemy się nawzajem oskarżać, że jesteśmy niewystarczający. I wtedy zaczyna się cierpienie. Bo próbujesz wcisnąć nieskończoność w ciało drugiego człowieka. Próbujesz, by on był twoim domem, twoim sensem, twoim pokojem. A on przecież drży, ma własne niepokoje, własne pęknięcia, własne noce bez snu. Nie może być twoim Bogiem. Nie wytrzyma twojego głodu wieczności. To dlatego Bóg musi być częścią każdej miłości. Nie jako religijny dodatek do obrączki. Ale jako prawda, że tylko On może być odpowiedzią na tę część ciebie, która nawet przy największej bliskości pozostaje samotna. I jeśli to zrozumiesz, jeśli oboje to zrozumiecie, przestaniecie się ranić oczekiwaniem niemożliwego. Zaczniecie kochać się jak pielgrzymi. Z miłością, która nie musi zawsze być ciepła, ale zawsze jest obecna. Z czułością, która nie rozwiązuje problemów, ale się ich nie boi. Z pokojem, który nie pochodzi stąd. Bo miłość to nie rozwiązanie. Miłość to zaproszenie. Do czego? Do podróży przez cudzą tajemnicę. Z pokorą. Z wierną obecnością. I z Bogiem między wami - nie jako dystans, ale jako most. I za tym tęsknię.
Być może wszystko zaczyna się od złudzenia,…
Być może wszystko zaczyna się od złudzenia, że drugiego człowieka da się mieć. Jak dom. Jak święty spokój. Jak urlop wykupiony z opcją pełnego wyżywienia. A potem przychodzi dzień, w którym siedzisz z kimś przy stole i…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.