Być może najgłębsze pragnienie człowieka jest tak ciche, że słychać je tylko nocą, kiedy wszystkie inne dźwięki ustają. Nie przypomina huku fal ani krzyku narodzin. Bardziej drżenia, ledwie wyczuwalnego, jak wibracja światła, które jeszcze nie zdecydowało, czy chce być dniem. I właśnie w tym drżeniu, jak mówią starzy prorocy i współcześni psycholodzy, człowiek szuka jednego: - żeby kochać i żeby być kochanym. W Piśmie Świętym to pragnienie jest stare jak samo stworzenie. Zaczyna się w Raju, gdzie Adam, choć otoczony życiem, choć miał wszystko, co mogło zachwycić zmysły, czuł w sercu niepokój bezimiennej tęsknoty. Bóg, który zna ludzkie serce lepiej niż człowiek zna swoją kieszeń, nazwał to wprost: “Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam.” To była pierwsza diagnoza psychologiczna na świecie i dotyczyła nie braku jedzenia, nie potrzeby bezpieczeństwa, ale braku relacji. Bo człowiek, choć często udaje istotę silną, zbrojną w samowystarczalność, jest w gruncie rzeczy jak dom budowany z cienkich listewek. Każdy podmuch obojętności potrafi nim zachwiać, a każde ciepłe słowo potrafi go podnieść z ruiny. Psychologia nazywa to potrzebą przywiązania. Dobrzy terapeuci wiedzą, że w gabinecie rzadko chodzi o problemy, które pacjent opisuje na początku. Najczęściej pod spodem ukryte jest coś prostszego i bardziej bolesnego: pragnę, żeby ktoś mnie zobaczył, naprawdę zobaczył. Nie ocenił. Nie naprawił. Zobaczył. W literaturze pięknej ta prawda wraca jak refren, jak motyw serca przemycony do każdej powieści. Zauważ, nawet najbardziej zgorzkniali bohaterowie, ci z twarzą ustawioną w stronę wiatru, ostatecznie łagodnieją dopiero wtedy, gdy ktoś wyciąga do nich dłoń. Nie perfekcyjna. Nie idealna. Ale ludzka. Tak, jak na tym zdjęciu, dwoje ludzi trzymających się za ręce w sposób, w który trzymają się ci, którzy przestali się bać, że zostaną porzuceni. Nie ma w tym patosu. Jest prosta informacja: - nie jesteś sam. A przecież właśnie o to chodzi w biblijnej miłości. Jezus, kiedy mówił „miłujcie się”, nie miał na myśli ckliwych deklaracji. Bardziej… rodzaj obecności, która nie ucieka, kiedy robi się trudno. Rodzaj czułości, która nie jest słabością, tylko wyborem. Rodzaj odwagi, która potrafi powiedzieć: zostań, nie uciekam. I może właśnie dlatego najgłębsze pragnienie człowieka rodzi się jeszcze przed pragnieniem życia. Bo życie bez miłości jest tylko biologicznym odruchem, jak drżenie liścia. A życie z miłością. choćby było trudne, poszarpane, nawet krótkie, nagle staje się godne, piękne i sensowne. Jakby ktoś dopisał brakujący akord. W końcu Biblia mówi przecież bez zbędnych metafor: - Miłość nigdy nie ustaje. Nie dlatego, że ludzie są tacy stali, bo nie są. Ustają w zaufaniu, cierpliwości, wierności. Ale miłość, ta prawdziwa, jest większa niż ich słabość. Jest tą częścią Boga, którą On wkleił w nas jak pieczęć, której nie da się zetrzeć żadnym lękiem. I to dlatego, gdyby odciągnąć wszystkie nasze troski, ambicje, dramaty, projekty, nawyki, kiedy odessać wszystkie warstwy życia, na dnie serca znalazłoby się jedno zdanie, ruchliwe jak światło na wodzie: - Chcę kochać. Chcę być kochany. Może to właśnie dzięki temu wciąż idziemy naprzód. Może to dlatego się podnosimy. Może to dlatego wciąż wierzymy, choć nie wiemy dlaczego. Bo gdzieś tam, w tym najcichszym miejscu w środku, ktoś szepcze: - Jesteś mój. Nie bój się.
Być może najgłębsze pragnienie człowieka jest tak…
Być może najgłębsze pragnienie człowieka jest tak ciche, że słychać je tylko nocą, kiedy wszystkie inne dźwięki ustają. Nie przypomina huku fal ani krzyku narodzin. Bardziej drżenia, ledwie wyczuwalnego, jak wibracja…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.