„Bóg jednak okazał nam swoją ofiarną miłość właśnie przez to, że Chrystus umarł za nas wtedy, gdy jeszcze byliśmy grzesznikami.” Rzymian 5:8 NT NPD Paweł napisał te słowa w epoce, w której człowiek bał się cesarza, głodu i śmierci pod murami miasta, ale ich prawdziwa groza, a może właśnie piękno, ujawnia się dopiero dziś, kiedy człowiek współczesny, otoczony wygodą, psychologicznym słownictwem i technologią zdolną wysłać zdjęcie kota na drugi koniec planety w czasie krótszym niż jedno westchnienie, coraz częściej nie potrafi już wysłać prostego: - przepraszam, - tęsknię, - zostań. Bo współczesny grzech rzadko wygląda teatralnie. Nie cuchnie siarką czy winem rozlanym w spelunie portowego miasta. Znacznie częściej pachnie drogimi perfumami, nowym SUV-em i spokojnym głosem człowieka, który nauczył się tak zręcznie tłumaczyć własny egoizm, że sam przestał zauważać, iż pod słowem „samorozwój” ukrywa zwyczajną ucieczkę od odpowiedzialności, a pod deklaracją „dbam o siebie, kompletną obojętność wobec tych, których kiedyś przysięgał kochać. I właśnie dlatego zdanie Pawła jest tak niepokojące, ponieważ ono odbiera człowiekowi ostatnią możliwość handlowania własną moralnością. Nie pozostawia miejsca na negocjację. To nie, że: Chrystus umarł za was, kiedy zaczęliście się poprawiać. Nie mówi: kiedy staliście się dojrzalsi emocjonalnie, bardziej uduchowieni albo mniej toksyczni. Chodzi o coś znacznie bardziej upokarzającego dla ludzkiego ego: - że miłość przyszła wcześniej niż poprawa, skrucha, zasługi, a więc w momencie, w którym człowiek był jeszcze dokładnie tym, kim najbardziej boi się być nazwany: - kimś pogubionym, małym, pysznym i głodnym miłości bardziej, niż gotowym ją dawać. Współczesny człowiek uwielbia przecież relacje warunkowe, które przypominają regulaminy bankowe albo umowy operatorskie, ponieważ wszędzie istnieje ukryty paragraf mówiący: „będę przy tobie, dopóki pozostaniesz wygodny”. Kocha się dziś ludzi za energię, pełny portfel, atrakcyjność, sukces i poczucie bezpieczeństwa, umiejętność dostarczania emocji, natomiast bardzo rzadko za sam fakt istnienia, który przecież jest jedynym powodem, dla którego Bóg miałby w ogóle pochylać się nad człowiekiem. I może dlatego tak wielu ludzi, nawet tych deklarujących niewiarę, wciąż wraca do postaci Chrystusa, ponieważ intuicyjnie wyczuwają, że w świecie zbudowanym na rankingach, filtrach i nieustannej selekcji istnieje coś niemal nadprzyrodzenie kojącego w idei Boga, który nie czekał, aż człowiek stanie się godny miłości, lecz wszedł w jego ciemność dokładnie wtedy, gdy wszystko wyglądało już jak mieszkanie po eksmisji: - pełne pustych butelek, niedopowiedzianych żalów i ciszy ciężkiej od niespełnionego życia. A przecież najbardziej niewygodne w chrześcijaństwie pozostaje to, że ono nie pozwala człowiekowi gardzić samym sobą do końca, ponieważ krzyż, niezależnie od tego, jak bardzo ktoś próbowałby go zredukować do symbolu kulturowego, ciągle stoi pośrodku historii jak dowód, że dla Boga nawet najbardziej popękany człowiek wart jest miłości.
„Bóg jednak okazał nam swoją ofiarną miłość…
„Bóg jednak okazał nam swoją ofiarną miłość właśnie przez to, że Chrystus umarł za nas wtedy, gdy jeszcze byliśmy grzesznikami.” Rzymian 5:8 NT NPD Paweł napisał te słowa w epoce, w której człowiek bał się…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.