APOKRYF ~ ROZDZIAŁ I - Bielsko-Biała, peron trzeci, serce pierwsze Marek zawsze twierdził, że najwięcej prawdy o człowieku mówi to, jak czeka na pociąg. Czy stoi na palcach i wypatruje w oddali, jakby szukał przyszłości. Czy siedzi skulony, jakby miał nadzieję, że go nikt nie zobaczy i pociąg się spóźni. On sam stał na jednej nodze, drugą opierając o plecak. Wyglądał jak figura z herbaty z pokrzywy - zdrowa, ale trochę zbyt wymagająca, by polubić ją od razu. Paweł jadł drożdżówkę. Z makiem. Twierdził, że nie można mówić ludziom o miłości, jeśli samemu ma się pusty żołądek. Logika dość ewangeliczna. Niby nic wielkiego, ale Jezus też zaczynał od rozmnażania chleba, a dopiero potem przechodził do tematów wiecznych. - Myślisz, że ktoś nas dziś posłucha? - zapytał Marek, zerkając na rozkład jazdy, jakby szukał tam wskazówki z nieba. - Na pewno nie ci, co się spieszą. - Ale może ktoś, kto się zgubił. - Albo czeka na przesiadkę do innego życia. Peron trzeci w Bielsko-Białej wyglądał tego dnia jak przedsionek wieczności. Było coś dziwnie czystego w świetle. Może dlatego, że był poniedziałek. Poniedziałki mają w sobie tę świeżość, która udaje nadzieję. Za ich plecami stała kobieta w eleganckim płaszczu i z laptopem w torbie. Miała brwi jak wycięte z reklamy prestiżu. Paweł spróbował zagadać: - Czy wie pani, że Bóg ma dla pani plan? - Mam już swój. Lepszy - powiedziała, zerkając na telefon. Marek podszedł do chłopaka w słuchawkach. Miał naklejkę „NO FEAR” na telefonie, ale bał się spojrzeć komuś w oczy. Marek powiedział cicho: - Chciałem ci tylko powiedzieć, że jesteś wystarczający. - Taki, jaki jesteś. Chłopak spojrzał. Skinął głową. Może zrozumiał, a może pomyślał, że to jakiś stary pedał. - I to już? - zapytał Paweł, kiedy Marek wrócił. - Bez formy? Bez przypowieści? - Ewangelia to nie zawsze wykład. - Czasem to tylko jedno zdanie. - Jak ciepła herbata w lutym. Kiedy pociąg podjechał, był hałaśliwy, stary i zdziwiony, że jeszcze jeździ. Weszli do środka, siadając obok siebie, tak jak dzieci siadają w autobusie na wycieczce szkolnej - trochę z ekscytacją, trochę z lękiem, że ktoś będzie miał lepsze miejsce. Przedział był w połowie pusty. Zajęli miejsce przy oknie. - Paweł - chrząknął Marek, patrząc na śmigające osiedla - a co jeśli to wszystko jest bez sensu? - Co konkretnie? - Całe to mówienie ludziom, że są kochani, skoro ich to nie obchodzi? Paweł uśmiechnął się. Przeżuł ostatni kawałek drożdżówki, jakby był hostią. - A jeśli to nie chodzi o nich? - To o kogo? - Może o nas. - Żebyśmy sami sobie przypomnieli, w co wierzymy? Pociąg ruszył. Bielsko-Biała znikała za szybą. Niebo było mleczne. Niewyraźne, jak odpowiedź, która przychodzi z opóźnieniem, ale jednak przychodzi. Na ścianie przedziału ktoś wydrapał gwoździem słowo „MIŁOŚĆ”. Przez „L” Spojrzeli na to słowo jak na znak. Bo nie chodziło o poprawność. Chodziło o obecność. *** ROZDZIAŁ II - Gdzieś za Wadowicami, czyli pustynia nowoczesna Pociąg zatrzymał się na stacji o nazwie, której nikt nie potrafił wymówić bez westchnienia. Coś między Kalwarią a zapomnieniem. Wysiedli tylko oni, Marek i Paweł, oraz starszy pan z siatką po bananach, w której było coś cięższego niż owoce - może żal, może kartofle. Był postój techniczny. Cokolwiek to znaczy. Podróżni fukali, jakby każde zatrzymanie było osobistą zniewagą ich czasu. Ludzie wokół przewijali ekrany telefonów z minami kapłanów przy prastarych zwojach. Marek odważył się zagadać do jednego z nich – chłopaka w kurtce z logo jakiejś firmy, która produkowała coś, czego nikt tak naprawdę nie potrzebował. - Czy wiesz, że Bóg cię kocha? Chłopak zdjął słuchawkę z jednego ucha. Przez sekundę w jego oczach zatańczyła nieufność. - Ale… za co? Marek zamilkł. Nie miał szybkiej odpowiedzi. Bo przecież to pytanie było słuszne. Może najważniejsze. - Może nie za coś. Może pomimo - powiedział w końcu. - Jak pies, który czeka pod drzwiami, nawet jak go kopnąłeś. - Mam kota - odparł chłopak. I wrócił do rytmów. *** W budce z fast foodem obok stacji sprzedawano wszystko, co można usmażyć w siedem minut: zapiekanki, frytki, kebabowe reminiscencje. Paweł, który miał słabość do słonych rzeczy i ludzi z problemami, podszedł do sprzedawcy - chłopaka z kolczykiem w nosie i oczami, które wyglądały, jakby wiele widziały, ale jeszcze więcej przegapiły. - Mamy z przyjacielem taką misję. - Mówimy ludziom, że są ważni. - Może brzmi naiwnie, ale wiesz - ktoś musi. Sprzedawca spojrzał na nich, jakby byli trupą teatralną z prowincji, która pomyliła miejsce premiery. - A czy wy wiecie, że większość ludzi nie chce być ważna? Chcą tylko świętego spokoju. Paweł kupił zapiekankę z pieczarkami. Dał chłopakowi ulotkę z cytatem z Psalmu 139: „Znałeś mnie, zanim powstałem.” Chłopak spojrzał. - To trochę przerażające, nie? - Trochę tak - przyznał Paweł. - Ale też… może ktoś po prostu naprawdę nas zna. - Do kości. I nie ucieka. - Hmm. Dobrze, że jestem płaskoziemcem. *** Na rynku w Skawinie (czy też czymś, co rynek udawało) Marek próbował jeszcze raz. Stanął na skrzynce po owocach, podniósł rękę. Jego głos miał barwę kogoś, kto przestał się bać ośmieszenia, bo przegrał już wszystko, co można było przegrać z dumą. - Bracia i siostry! Miłość nie musi mieć lajków. - Nie potrzebuje zgody w komentarzach. - Miłość jest jak tramwaj, który przyjeżdża, nawet jak nikt nie czeka. Trzy osoby spojrzały. Jedna z nich to był pies. W pewnym momencie podeszła do nich pani w polarze z napisem „Kraków Maraton 2016”. Powiedziała: - Ja też kiedyś głosiłam. - Ale potem mąż odszedł, dzieci przestały dzwonić, a w kościele nie zauważyli, że przestałam przychodzić. - Wiem, co w tym jest - powiedział Marek. - Ale Jezus też miał momenty, gdy nikt Go nie rozumiał. - Nawet Jego własna matka. Kobieta się uśmiechnęła. I ten uśmiech był jak poranek po bardzo ciężkiej nocy - jeszcze nie dzień, ale już nie ciemność. *** Wrócili do pociągu jak pielgrzymi, którzy nie przynieśli nikomu żadnych cudów. Ale może nie musieli. - To był udany dzień - powiedział Marek, kładąc głowę na plecaku. - Tak? Przecież nikt nas nie słuchał. - Ale może usłyszał? Paweł nie odpowiedział. Ale uśmiechnął się, gryząc drugą zapiekankę. Bo wiedział, że są słowa, które działają dopiero po czasie. Jak modlitwa matki. Jak błogosławieństwo, które długo nie wiedziało, gdzie trafić. Pociąg mijał pola i dachy domów. W jednym oknie migotała świeczka. Może dla nich. *** ROZDZIAŁ III - Kraków Główny Kiedy pociąg wjeżdżał na stację Kraków Główny, światło było pomarańczowe. Nie od słońca. Od jakiejś wewnętrznej decyzji dnia, że nie chce kończyć się smutno. Ludzie zaczęli zbierać swoje torby z taką determinacją, jakby to były ich dzieci, marzenia albo stare żale. Zeszli z peronu z uczuciem, które mieli często - że są z innej pory roku niż wszyscy. Jakby świat miał dziś wtorek, a oni - niedzielę palmową. Przy hali głównej przystanęli. Nie żeby się zastanowić, tylko żeby coś zrozumieć. A potem poszli w kierunku Plant, bo wiadomo - człowiek po wydychaniu Ewangelii potrzebuje drzew, a nie McDonalda. I właśnie wtedy je zobaczyli. *** Dwie kobiety z plecakami. Jedna miała krótkie włosy i kurtkę, którą można było rozpoznać z satelity - fuksjową, krzykliwą jak protest przeciwko rezygnacji. Druga była niższa, miała bliznę na brodzie i najspokojniejsze oczy, jakie Paweł kiedykolwiek widział. Oczy, które znały odpowiedzi i nie zabierały pytań. - Przepraszam - powiedziała fuksjowa - czy wy jesteście… misjonarzami? - Raczej wędrującą nadzieją, niekoniecznie skuteczną - odparł Marek. Usiedli razem na ławce, jakby znali się od lat. Nikt nie musiał się przedstawiać, bo imiona nie były tu potrzebne. To nie była rozmowa. To był odpoczynek w słowie. Rozmawiali o wszystkim i o niczym: o tym, jak trudno jest się naprawdę zakochać, nie gubiąc siebie; o tym, jak nikt nie rozumie Ewangelii, dopóki nie przeżyje śmierci kogoś bliskiego albo zdrady; o tym, że najważniejsze pytania są bez odpowiedzi, i to właśnie czyni je świętymi. - Czasem myślę - powiedziała ta z blizną - że jedyne, czego naprawdę chcemy, to żeby ktoś powiedział: - Widzę cię. I to jest wystarczająco dużo. Paweł kiwnął głową. Miał ochotę złapać ją za dłoń, ale wiedział, że to nie tak. Marek zaśmiał się cicho. Nie z Pawła. Z tego, że po raz pierwszy od dawna poczuł się w domu. *** Rozstali się przy przystanku tramwajowym „Teatr Słowackiego”. Jedna z kobiet wsiadła do tramwaju numer 14, druga do 24. Odjechały jak wersety z dwóch różnych Psalmów. Nie było wymiany numerów, planów, „musimy się jeszcze zobaczyć”. Była tylko cisza, która szeptała. Jak po spowiedzi, której się nikt nie spodziewał, ale się wydarzyła. Stali jeszcze chwilę. Powietrze było jak śpiew po kolędzie - trochę fałszu, trochę jak pamięć. *** Wtedy Paweł powiedział: - Myślisz, że to był cud? - Myślę, że to był koniec kiepskiego kazania. I początek Ewangelii. Spojrzeli w niebo. A Jezus - może jak chłopak w bluzie z kapturem, może jak ten tramwajowy dzwonek, który wybrzmiał za długo - pobłogosławił. Wszystkich. Nie za to, że zrobili coś wielkiego. Tylko za to, że byli. I że się nie bali kochać. Nawet jeśli ta miłość była bez dotyku. Bez przyszłości. Bez dobrego zakończenia. *** Ewangelia nie zawsze krzyczy. Czasem tylko siedzi z kimś na ławce. I mówi: - zostań ze mną choć na chwilę. *** EPILOG ~ Błogosławieństwo dla czworga Wieczór był z gatunku tych, które nie chcą być tylko końcem dnia. Było w nim coś więcej - jakby czas zapomniał się zatrzymać i zrobił dla nich czworo specjalną przerwę w wieczności. Poszli w stronę Wisły. Nie żeby coś udowodnić, ale żeby jeszcze trochę pomilczeć przy wodzie. Słońce tonęło powoli, delikatnie - jakby wiedziało, że ktoś dziś coś przeżył. W tym samym czasie kobieta z blizną na brodzie w tramwaju numer 24 spojrzała w okno. W odbiciu nie widziała siebie - widziała jego. Pawła. Mężczyznę, który nie dotknął jej dłoni, ale przytulił coś głębiej. Tak głęboko, że nie miała nawet słów. A ta druga, fuksjowa - w numerze 14 - miała na ustach uśmiech, który był jak zakładka w książce, do której się wraca. I czuła, że jeśli ktoś naprawdę cię widzi, choćby przez chwilę, to już się nigdy nie czujesz zupełnie sama. Nawet w tramwaju w Krakowie, wśród ludzi z plecakami, zmartwieniami i świeżym oddechem miasta. *** Na Bulwarach pod Wawelem Marek wyjął z kieszeni zmiętą kartkę. Był tam psalm, który znał na pamięć, ale lubił czytać go głośno, jakby każde słowo potrzebowało usłyszeć siebie. - Miłość Twoja trwa na wieki. - Amen - powiedział Paweł. - Całkiem nie pobożnie. I wtedy poczuli to obaj. Nie głos. Nie dźwięk z nieba. Nic wielkiego. Po prostu Obecność. Cisza, która mówiła wszystko. Zrozumienie, że ta podróż nie była porażką. Że miłość, choć bezdomna, wciąż przychodzi. Że nie musisz być kochany romantycznie, żeby być ważny. Że czasem Bóg przychodzi jako kobieta z plecakiem albo mężczyzna z zapiekanką. Albo jako zwykła chwila, kiedy nikt się nie spieszy i każdy oddycha w rytmie drugiego. *** I Jezus - prawdziwie, naprawdę Jezus - był tam. Nie w sposób spektakularny. Po prostu usiadł obok, między nimi. Ubrany jak ktoś, kto właśnie wysiadł z autobusu z Andrychowa. Pachniał kurzem, miłością i cierpliwością. Spojrzał na nich z uśmiechem, który znał ich całe życie. I powiedział tylko: - Dobrze idziecie. - Dalej. - A ta miłość? - zapytał Marek. - To była modlitwa. - Złożona z waszych szeptów i niestrawnego kebaba. - Przyjąłem. I zniknął. Na bruku znaleźli dwa bilety. Do Wrocławia. *** Zostali znów sami. Ich czworo. Każde z sercem trochę mniej samotnym. Każde z historią, której nikt nie spisał - ale która zostanie w pamięci gwiazd. *** Amen. I do zobaczenia. Może znowu w pociągu. Może pod Żabką. Może w śnie. Ale już nie jako obcy. Jako ci, którzy kiedyś usiedli razem i nie bali się gadać o miłości.
Apokryf: Bielsko-Biała, peron trzeci
APOKRYF ~ ROZDZIAŁ I - Bielsko-Biała, peron trzeci, serce pierwsze Marek zawsze twierdził, że najwięcej prawdy o człowieku mówi to, jak czeka na pociąg. Czy stoi na palcach i wypatruje w oddali, jakby szukał…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.