A jeśli ból jest ostrzeżeniem? A jeśli ból nie jest karą? Nie dopustem? Nie testem z wytrzymałości? - A jeśli jest sygnałem? Nie metafizycznym młotem, ale cichym alarmem; takim, który włącza się nie po to, żeby przestraszyć, tylko żeby nie pozwolić zasnąć w miejscu, w którym nie da się żyć. W Biblii ból bardzo rzadko ma charakter estetyczny. Nie jest po to, by wyglądał wznośle. Jest nieporęczny, kłopotliwy i często niezrozumiały. Hiob nie dostaje wykładu o sensie cierpienia. Dostaje milczenie Boga, a potem pytania. Jeremiasz nie jest nagradzany za swoją wrażliwość, jest z niej rozliczany. Psalmy nie są podręcznikiem pocieszenia, lecz zbiorem krzyków. Co ciekawe: Bóg nie tłumaczy się z bólu. On raczej pozwala, by ból stał się językiem, gdy wszystkie inne zawiodły. Psychologia mówi coś niepokojąco podobnego. Ból psychiczny nie jest defektem systemu. Jest jego funkcją. Lęk informuje o zagrożeniu. Smutek o stracie. Wstyd o naruszonej granicy. Depresja, często, o długotrwałym życiu w sprzeczności ze sobą samym. Problem zaczyna się nie wtedy, gdy boli, zaczyna się wtedy, gdy ból zostaje zagłuszony: pracą, relacją, religijną frazą, alkoholem, duchową protezą. Psychika, podobnie jak ciało, nie krzyczy bez powodu. Krzyczy, gdy szept nie zadziałał. Z punktu widzenia medycyny najbardziej niebezpieczny nie jest ból, lecz jego brak. Ludzie pozbawieni czucia bólu umierają młodo. Kaleczą się, nie wiedząc o tym. Infekcje rozwijają się w ciszy. Ostrzeżenie nie dociera. Ból fizyczny nie jest wrogiem życia. Jest jego strażnikiem. Dlaczego więc tak łatwo przyjmujemy, że ból duszy musi być absurdem albo karą? Filozofia od dawna podejrzewa, że cierpienie nie tyle niszczy sens, ile go demaskuje. Pokazuje, gdzie żyjemy nieprawdą. Gdzie zgodziliśmy się na pół życia, pół miłości, pół odwagi. Niektórzy filozofowie mówią wprost: - człowiek cierpi najbardziej tam, gdzie próbuje być kimś innym niż jest. Ból nie pojawia się tam, gdzie wszystko jest spójne, tylko tam, gdzie dokonano zdrady siebie, choćby w imię dobra, spokoju, świętego spokoju. A jeśli więc Bóg nie „zsyła” bólu, lecz „nie zabiera” go wtedy, gdy jest ostatnim uczciwym komunikatem? A jeśli ból duszy to nie wyrok z góry, lecz czerwone światło: - Zatrzymaj się. To nie jest droga, na której możesz oddychać. Nie po to, byś cierpiał dłużej. Po to, byś nie pomylił strategii przetrwania z dobrym życiem. *** Nie napisałem dla ciebie recepty. Bo ból rzadko kończy się zdaniem. On raczej otwiera pytanie, którego nie da się już nie usłyszeć. Może więc nie chodzi o to, żeby ból natychmiast uciszyć tabletką. Może chodzi o to, by zapytać, bardzo spokojnie, bardzo uczciwie: - Co próbuję zagłuszyć, skoro to boli aż tak? I pozwolić, by odpowiedź przyszła nie z doktryny, nie z poradnika, ale z tego miejsca, które od dawna próbuje się odezwać i w końcu znalazło jedyny język, jaki jeszcze działa; - szept Boga. Ostrzeżenie.